Na stole
Karta, której nie widać z ulicy
W czwartek kartka ze stołu leży przy solniczce. Jest na niej zupa, chleb i to, że gości będzie dwoje, nie sześcioro. Kto siedzi, czyta. Kto idzie chodnikiem, tej kartki nie widzi. Jakbym wywiesiła w oknie samo słowo „jedzenie”, nikt by nie wiedział, czy dziś jest zupa, czy pusta lodówka.
Strona firmy bywa taką kartką schowaną w szufladzie. Właściciel wie, co gotuje. Człowiek, który wpisuje w wyszukiwarkę usługę i miasto, dostaje cudzą kartkę albo pusty talerz. Wtedy nie pomoże ładniejszy obrus. Trzeba, żeby na stronie stało to, co naprawdę jest w garnku, i miejsce, w którym naprawdę się podaje.
Krystian Welcel robi to dla stron, nie dla mojego stołu. Na swojej stronie pisze, że najpierw ogląda witrynę, która już jest, dopiero potem ustala zakres i koszt. Pisze też wprost, że nie gwarantuje pierwszego miejsca ani „top 3”. To zdanie mi się podoba, bo brzmi jak rachunek bez dopisanej pozycji. Nie obiecuje, że zupa zniknie z talerza w trzy dni. Mówi, co ruszy na stronie, i nie dokłada fikcyjnego adresu tylko po to, żeby w tekście pojawiło się miasto.
Nie znam jego cennika i nie będę go zgadywać. Jak ktoś chce przeczytać, od czego zaczyna, niech wejdzie tam, gdzie sam to rozpisał: Pozycjonowanie Zawiercie.
U mnie szyldem zostaje okno. W czwartek, jeśli zupa jest, mówię o tym przy drzwiach, nie w folderze o nazwie „DSC”. Gość, który nie wie, co jest w garnku, nie siada. I słusznie.