Na stole
Sól w otwartej miseczce
Sól trzymam w otwartej miseczce, nie w młynku. Lubię widzieć, ile jej zostało, i lubię, kiedy ktoś bierze szczyptę palcami, a nie kręci korbką w połowie zdania. Miseczka jest mała, z grubym dnem. Stoi między masłem a dzbankiem, trochę za blisko krawędzi. Przesuwam ją do środka, zanim usiądziemy.
Wieczór jest parny. Sól zbryliła się od wilgoci. Rozgniatam grudkę opuszkiem. Zostaje biały pył na linii dłoni. Gość pyta, czy może dosolić pomidor. Może. Pomidor i tak puścił sok na talerz, a sól na mokrym miąższu robi się ciemniejsza, prawie szklana. Jemy powoli. Ktoś mówi, że za dużo. Ktoś inny, że w sam raz. Ja milczę, bo moja kromka jest już słona od palców.
Rano miseczka stoi tam, gdzie ją zostawiłam. Na dnie jest mniej, niż myślałam. Wilgoć skleiła resztę w jedną wyspę. Wsypuję świeżą sól ze słoika i mieszam starą z nową łyżeczką do herbaty, bo nie chce mi się szukać innej. Łyżeczka jest za duża. Sól sypie się na obrus. Zgarniam ją w dłoń i z powrotem do miseczki. Trochę zostaje w fałdzie materiału. Trudno.
Nie przykrywam naczynia. Otwarta sól przypomina, że stół jest w użyciu, nawet kiedy krzesła stoją równo. Jak nakrywam dla siebie, i tak stawiam miseczkę. Jem jajko, biorę dwa ziarna, resztę zostawiam. Wieczorem, przy gościach, miseczka pustoszeje szybciej, bo wszyscy udają, że tylko próbują.
Kiedy zmywam, sól, która spadła przy zlewie, skrzypi pod ścierką. Ścieram blat dwa razy. Miseczkę wycieram do sucha, inaczej nowa porcja znowu się zlepi. Stawiam ją na środek i patrzę, czy w świetle okna widać pojedyncze kryształy. Widać. To mi wystarcza za cały porządek.
Czasem ktoś przynosi sól w ozdobnym młynku i stawia obok mojej miseczki, jakby chciał poprawić stół. Dziękuję i chowam młynek do szafki na czas jedzenia. Przy nakryciu zostaje glina i biały pył. Palce mają wtedy zajęcie między zdaniami. Rozmowa idzie równiej, kiedy można sięgnąć po sól bez proszenia o podanie.