Na stole
Widelec po lewej, nawet bez gości
Widelec kładę po lewej, nawet kiedy nakrywam tylko dla siebie. Prawa ręka i tak sięga w tamtą stronę, zanim pomyślę. Jak stawiam go po prawej, kolacja od razu wygląda na prowizorkę, na jedzenie nad zlewem, które zdarza mi się w biegu. Przy stole chcę inaczej.
Talerz na środek miejsca. Nóż z prawej, ostrzem do talerza. Łyżka, jeśli jest zupa, obok noża. Widelec osobno, z lewej, ząbkami do góry. Sprawdzam odstęp palcem. Za ciasno. Odsuwam widelec o szerokość kciuka. Teraz mogę usiąść.
Nikt nie przyjdzie. Wiem o tym od rana. Mimo to wygładzam obrus i stawiam szklankę nad nożem, tam gdzie stawiam ją gościom. Jem soczewicę, powoli, bo widelec wymusza tempo. Przy jedzeniu na stojąco łykam szybciej i nie czuję pieprzu. Tu czuję. Pieprz został z wczoraj, z tej samej miseczki.
Po jedzeniu nie zrzucam sztućców do talerza byle jak. Składam je równolegle, widelec na nożu, i dopiero niosę do zlewu. To gest z cudzych stołów, który został mi w rękach. Nie wstydzę się go w pustym mieszkaniu. Porządek sztućca jest dla mnie, nie dla świadka.
Rano, zanim pójdę po chleb, znowu kładę widelec po lewej. Talerz jest czysty. Nie jem jeszcze. Chcę zobaczyć miejsce, jak wygląda bez pośpiechu. Światło pada na ząbki i robi krótkie cienie. Przesuwam widelec odrobinę, żeby cień nie wchodził na środek talerza. Potem zabieram go, bo jednak wychodzę. Nakrycie trwało kilka oddechów. Wystarczyło, żebym pamiętała, z której strony zaczyna się posiłek.
Wieczorem wracam i znajduję na blacie okruch, którego rano nie było. Może z chleba zjedzonego w progu. Zgarniam go i znowu kładę widelec. Tym razem jem. Ser, ogórek, kromka. Widelec jest cięższy, niż pamiętałam, albo ja jestem spokojniejsza. Odłożony na talerz zostawia cienką rysę z sosu. Zmywam ją od razu, a widelec wycieram do sucha, żeby rano nie miał plamek. Lewa strona talerza czeka pusta. Tak ma być.