W kuchni
Zupa na dwie miski
Zupa jest za gęsta. Dolewam wody z czajnika i mieszam, aż soczewica znowu pływa, a nie stoi. Para osiada mi na nadgarstku. Warząchew stuka o rant garnka i zostawia pomarańczową kreskę. Ścieram ją palcem, bo ścierka jest już w praniu.
Dwie miski stoją na blacie. Jedna jest moja, wyszczerbiona przy brzegu. Druga jest gładsza, cieńsza w świetle. Do pierwszej leję sobie. Do drugiej leję podobnie, choć nikt jeszcze nie wszedł. Przykrywam ją talerzem. Talerz jest za lekki. Kładę na nim łyżkę, żeby para nie podniosła nakrycia.
Jem przy stole, nie nad garnkiem. Chleb maczam tylko raz, bo zupa i tak trzyma się łyżki. Sól poprawiam raz. Potem przestaję, żeby nie gonić smaku w kółko. Za oknem ktoś trzaska drzwiami na klatce. Druga miska czeka. Słyszę, że to nie moje drzwi.
Jak skończę, zaglądam pod talerz. Para skropliła się na spodzie i kapnęła z powrotem do zupy. Mieszam. Smak jest ten sam, może odrobinę łagodniejszy. Zostawiam miskę na kuchence, przykrytą, na później. Jutro podgrzeję ją dla siebie albo dla kogoś, kto obiecał wpaść i lubi się spóźniać.
Garnek szoruję od razu, bo soczewica lubi zaschnąć przy dnie. Miska, z której jadłam, idzie do zlewu razem z łyżką. Druga zostaje w spokoju. Na stole kładę suchą podkładkę tam, gdzie stała moja porcja. Wilgotne koło zmywam. Kuchnia pachnie kminkiem jeszcze długo po tym, jak woda w zlewie spłynie.
Lubię ten układ. Jedna miska pusta, druga pełna. To nie zapas na wiele dni. To miejsce dla osoby, która może jeszcze usiąść, i dla mnie, jeśli zostanie mi tylko wieczór. Zupa na dwie miski znaczy, że stół nie zamyka się w chwili, kiedy odkładam łyżkę.
Rano druga porcja jest gęstsza, niż była. Dolewam odrobinę wody i grzeję powoli, żeby nie przywarła. Jem ją z tej samej wyszczerbionej miski, już bez drugiego nakrycia. Wystarczy. Kminek został w domu przez noc i rano smakuje jak czyjaś obietnica, która nie musiała się spełnić, żeby zupa była do zjedzenia.